Opieka nad dzieckiem, problem nadopiekuńczości, postawy rodzicielskie
Ostatnie wykłady z pedagogiki opiekuńczej zmotywowały mnie do głębszego studiowania jednego zagadnienia - postaw rodzicielskich. Doszukałem się różnych książek i mam zamiar je wypożyczyć w najbliższym czasie i przeanalizować ich treści. Moje zaangażowanie tak naprawdę zabrało się z pewnej postawy, którą sam osobiście odczułem i która w ostatnim czasie przewijała się w rozmowach instruktorskich o opiekuńczości/ bezpieczeństwie.
Problem pojawia się gdy fanatycznie łączy się te dwie sprawy: opiekuńczość i bezpieczeństwo. Oczywiście opieka daje bezpieczeństwo, tylko niestety nie daje żadnego efektu wychowawczego, o którym oczywiście zapomina się. Opieka i wychowanie? Przecież opieka to opieka, a wychowanie to wychowanie – ktoś by powiedział. Na kursach opiekunów placówek wypoczynku letniego i zimowego, a kolejnie na kursach komendantów takich placówek, organizator szkoleń pan mgr, hm Józef Kozan chciał nam wpoić opiekuńczy charakter naszych uprawnień, naszych funkcji, naszej pracy jako wychowawca/ kierownik. Powtarzał jednak ciągle z uporem maniaka, iż mimo że nie będziemy mówić o wychowawczym aspekcie opieki nad dziećmi na kolonii/ obozie/ itp. to udowodni nam, że i tak i tak będziemy wychowywać te dzieciaki. Nie podlega to oczywiście dyskusji i każdy świadomy opiekun wie o tym, chociaż z doświadczenia. Istota powinna tkwić w uświadomieniu sobie, że mamy tutaj do czynienia z placówkami opiekuńczo-wychowawczymi. Co chciał pan Józef powiedzieć? Po wykładał z panią dr Żmudzką uświadomiłem sobie bardziej wagę Jego słów. Wpływ opieki nad dzieckiem (zwłaszcza, głównie opieka rodziców, wynikających z postaw rodzicielskich) ma konsekwencje w jego wychowaniu. Można też powiedzieć, że wychowanie dziecka przez rodzica, wychowawcę, opiekuna, polega na opiece, jakby była jednym z elementów procesu wychowawczego a zarazem konsekwencją. Stosunek opiekuńczy rodzica/ wychowawcy/ opiekuna/ itp. ma wpływ na wychowanie dziecka. Na jego osobowość, samodzielność, poczucie bezpieczeństwa, czyli cechy, elementy, które w przyszłości mają wpływ na funkcjonowanie człowieka, na jego życie, wybory, decyzje, itd.
Rodzice/ wychowawcy/ opiekunowie często powtarzają o potrzebie opiekuńczości, bezpieczeństwa, że to co robią to dla dobra dziecka, żeby się jemu nic nie stało. Trzymają pod kloszem dziecko, za rączkę, nie pozwalają mu wybierać samemu za siebie rzeczy, które doskonale sam by wybrał, nie pozwalają na zrealizowanie jakiś zadań dziecku. Traktują dzieci jak dzieci w negatywnym tego słowa znaczeniu. Jako istoty niezdolne pójść do sklepu i zrobić zakupy, niezdolne wybrać sobie ubranie dla siebie, niezdolne zrobić zadanie domowe, niezdolne ugotować wodę, przyrządzić posiłek sobie, dla rodziny, niezdolne odebrać telefon w domu, niezdolne pomóc w sprzątaniu, itd. W tych wszystkich czynnościach konsekwentnie rodzice wyręczają dzieci swoje, bo akurat przykłady tyczą się rzeczywistości rodzinnej. Oczywiście uzasadnieniem rodzica jest to, że dziecko może coś sobie zrobić, może się coś jemu stać, ktoś potrąci go samochodem jak pójdzie do sklepu, ktoś okradnie go, albo jak zacznie sprzątać to więcej bałaganu zrobi niż posprząta, albo że źle napisze pracę domową i otrzyma niski stopień, a przecież zależy rodzicom na dobrych stopniach.
Przypomnę może w tym miejscu – co to jest opieka.
Opieka – jest, ciągłym, bezinteresownym zaspokajaniem przez opiekuna ponadpodmiotowych potrzeb podopiecznego w nawiązanym stosunku opiekuńczym. (Zdzisław Dąbrowski)
Pojawia się tutaj może niesprecyzowane określenie, które właśnie przyrządza największy kłopot w tej opiece, lub jest źle interpretowany, albo w ogóle ignorowany. Potrzeby ponadpodmiotowe – potrzeby psychiczne i fizjologiczne; potrzeby, których podmiot nie jest w stanie samodzielnie zaspokoić ze względu na etap rozwoju, obszary dysfunkcji psychicznych lub fizycznych oraz ze względu na starość.
Potrzeby ponadpodmiotowe jasno i wyraźnie dają kierunek potrzeb, które podmiot nie jest w stanie samodzielnie zaspokoić w przyczyn wyżej wymienionych. Nie jest w stanie sam! Tutaj tkwi problem – co dziecko jest w stanie zrobić, a co nie? Przecież Agnieszka Kowalska, matka 14 letniego Pawła nie pozwoli mu kupić sobie samemu czapki z daszkiem, bo uważa że nie jest w stanie tego zrobić samemu. Nie jest w stanie zrobić tego ogólnie, czy tak jak rodzic sobie wyobraża? Cóż, to dwie różne kwestie, ale wiemy dobrze że rodzic czasem chce, żeby dziecko ubierało się, robiło to co on, albo tak jak on chce. Stąd również bierze się problem nadopiekuńczości. Inny przykład: Henryk Nowak, ojciec 15-letniej Ewy nie pozwoli jej odrobić zadania domowego z j. polskiego (wypracowanie na jakiś temat), napisze za nią, bo wie że ma np. problem z stylem, z błędnym sformułowaniem i za to otrzyma niską ocenę. Oczywiście ojciec zawsze tak robił, więc stało się to tradycją. Chorą tradycją. Jak dziecko ma się nauczyć dobrego pisania? Pójdzie do szkoły z fantastyczną pracą (ojca) i dostanie dobrą ocenę. Nieświadomy nauczyciel nie będzie nic wiedzieć, będzie przecież zadowolony z umiejętności 15-letniej Ewy. Idźmy dalej: Krystyna, matka 13-letniego Piotrka nie pozwoli jemu na pójście na zakupy, bo boi się o niego, że coś mu się stanie, zresztą woli sama pójść, bo zrobi to na pewno lepiej niż on i tak mu to uzasadnia. Przykłady są mniej więcej zaczerpnięte z życia, nawet osobistego, z własnego mojego doświadczenia. Imiona są wymyślone, jednak wiek dzieci ma tu też znaczenie. Przy 15-letniej Ewie zaznaczyłem, że sytuacja ta nie zaczęła się w jej 15 roku życia, tylko już wcześniej, aż do gimnazjalnego etapu, gdzie już powoli za rok ma przejść do szkoły ponad-gimnazjalnej. 14-letni Paweł wcześniej też nigdy nie mógł sobie nic kupić, zawsze musiała matka za niego kupować, nie mogła dopuścić przecież by Paweł kupił sobie coś niewłaściwego, niedobrego, złego. Ona przecież wie najlepiej. 13-letni Piotrek nie pomaga w zakupach w domu, bo boją się że coś mu się stanie, nie wychodzi na boisko, bo ktoś może go kopnąć i nieszczęście gotowe, niech lepiej się uczy – więcej pożytku z tego będzie.
Wszystkie te sytuacje mają swoje konsekwencje w przyszłości, proste konsekwencje. Paweł nigdy sobie nic nie kupi samemu, zawsze będzie musiał ktoś mu doradzić, lub ogólnie kupić za niego. On sam nie będzie wiedział co dobre, co złe, co właściwe, a co nie. Tak go nauczono, dla niego abstrakcją jest samodzielne kupowanie sobie rzeczy, kosmetyków, a co powiedzieć o jakiś akcesoriach domowych, gdy będzie budował się, urządzał mieszkanie, itp. Ewa będzie wiedziała, że ktoś może za nią coś zrobić, jeżeli ona nie będzie potrafiła sama tego zrobić, bo przecież nie przyłoży palca do tego, żeby wcześniej nauczyć się tego. W jakiejkolwiek pracy będzie zawsze szła do jakieś polonistki, czy wynajmie sobie kogoś, kto będzie za nią coś pisał, bo tak można wg jej. Zawsze będzie szukała w jakichkolwiek dziedzinach życia – wyręczyciela, ofiarę, frajera, ktoś co za nią coś zrobi, bo sama tego nie potrafi, bo – po co? „Przecież ktoś inny może to za mnie zrobić”. Piotrek rzadko będzie wychodził z domu, bo jemu może się coś stać. Zresztą też po co np. miałby robić sobie zakupy jak ktoś może za niego to zrobić – tak lepiej.
Podałem przykłady, które chyba mnie osobiście uderzały nie tyle co w mojej rodzinie, ale w najbliższym otoczeniu. Żeby nie było tak kolorowo to dodam, że są inne jeszcze czynniki, gorsze wg mnie na rozwój dziecka, bardzo przykre dla jego przyszłości, psychiki, emocji. Wszystko zazębia się w postawy rodzicielskie, które są źródłem tej podstawowej, fundamentalnej opieki w kontekście czasowym jak i ważności. Rodzic jest pierwszy opiekunem, czołowym, sztandarowym. Jego postawa, stosunek opiekuńczy jest więc najważniejszy. W tym miejscu chciałbym zredagować tekst mgr Doroty Sudenis „Postawy rodzicielskie”, który znalazłem w Edukatorze.
Postawy rodzicielskie a kształtowanie się osobowości dziecka w świetle literatury / mgr Dorota Sudenis /
Pojęcie “postawy rodzicielskie” ma długą tradycję w psychologii społecznej. Kieruje ono swoją uwagę na rodzinne tło kształtowania się osobowości dziecka.
M. Ziemska mówi, że postawa rodzicielsko-macierzyńska czy ojcowska - jest tendencją do zachowania się w pewien specyficzny sposób w stosunku do dziecka . Postawa rodzicielska zawiera trzy komponenty: myślowy, uczuciowy i działania. Składnik myślowy, ujawnia się w formie poglądu na dziecko, oceny jego zachowania. Składnik uczuciowy, odzwierciedla się w wypowiedzi, jej tonie i sposobie ekspresji oraz zachowaniu niewerbalnym.
Składnik działania przejawia się w czynnym zachowaniu wobec przedmiotu postawy.
Postawa rodzicielska zawiera więc ładunek uczuciowy, który wyznacza działania w stosunku do dziecka. Przez to działanie, przez zachowanie rodziców wobec dziecka, oraz przez to co mówią oni o dziecku i jak mówią. można poznać ich postawę rodzicielską. Postawa rodzicielska jest więc nabytą strukturą poznawczo-dążeniowo-afektywną, ukierunkowującą zachowanie się rodziców wobec dziecka.
Tendencja do reagowania w określony sposób w stosunku do dziecka musi być przez rodziców utrwalana, aby można było ją uznać za postawę rodzicielską. Postawy rodzicielskie są zazwyczaj plastyczne i ulegają zmianom w miarę jak zmienia się dziecko, przechodząc przez różne fazy rozwojowe. Zmianie podlega przede wszystkim jakość form dozoru oraz jakość i stopień swobody jaką powinni dawać dziecku rodzice biorąc pod uwagę fazę rozwojową dziecka. Jeżeli rodzice nie będą przyjmować postaw właściwych dla danego okresu rozwojowego, to zaczną występować sytuacje konfliktowe, których efektem będą zaburzenia w zachowaniu dziecka, a następnie deformacje w rozwoju jego osobowości. Rola rodziców to nie tylko opieka nad dzieckiem. Rodzice mają decydujący udział w kształtowaniu osobowości dziecka, jego myśli, uczuć, świata dążeń, w tworzeniu się obrazu siebie oraz własnego “ja”.
Na podstawie własnych badań M. Ziemska wyróżnia postawy rodzicielskie prawidłowe i postawy nieprawidłowe. Do właściwych postaw rodzicielskich zalicza:
- Akceptację dziecka, tj. przyjęcie dziecka takim jakim ono jest wraz jego usposobieniem, cechami fizycznymi i możliwościami umysłowymi. Rodzice, którzy akceptują swoje dziecko, lubią je i nie ukrywają swoich uczuć przed dzieckiem, a przebywanie z nim daje przyjemność. Znają potrzeby dziecka i zaspakajają je. Taka postawa daje dziecku poczucie bezpieczeństwa oraz zadowolenie własnego istnienia.
- Współdziałanie z dzieckiem. Postawa ta przejawia się zaangażowaniem i zainteresowaniem rodziców pracą i zabawą dziecka oraz angażowaniem dziecka w sprawy domu i rodziców. Angażowanie to musi być stosowne do fazy rozwojowej dziecka.
- Dawanie dziecku, właściwej do jego wieku, rozumianej swobody. Dziecko w miarę rozwoju, staje się coraz mniej zależne pod względem fizycznym od swoich rodziców, natomiast pod względem psychicznym rozwija się coraz bardziej świadoma więź psychiczna. Wraz z dorastaniem dziecko otrzymuje coraz więcej swobody oraz może pracować i bawić się z dala od rodziców. Rodzice dają dziecku coraz więcej swobody, w dalszym ciągu umieją utrzymać autorytet.
- Uznanie praw dziecka w rodzinie jako równych, bez przeceniania lub niedoceniania jego woli. Aktywność dziecka oceniana jest w sposób swobodny, bez oznak dyktatorstwa i formalności, pozwalają dziecku na odpowiedzialność za własne działania i oczekują aby dziecko przejawiało “dojrzałe” zachowanie. Takie postępowanie rodziców jest wyrazem szacunku dla indywidualnych cech dziecka. Kierowanie dzieckiem oparte jest na podsuwaniu mu sugestii, a nie na narzucaniu lub wymuszaniu. Dziecko w takiej sytuacji wie czego oczekują od niego rodzice i stara się spełnić te oczekiwania, gdyż są to oczekiwania na miarę jego możliwości.
Rodzice przejawiający postawy właściwe wobec dziecka, nie mają trudności w nawiązaniu kontaktu z dzieckiem, chętnie opiekują się nim, zaspokajają jego potrzeby oraz okazują dużo cierpliwości. Rodzice ci są zdolni do obiektywnej oceny własnego dziecka.
Każdej z postaw właściwych odpowiada postawa przeciwna. wychowawczo niewłaściwa. Do postaw niewłaściwych M. Ziemska zalicza:
- Postawę unikającą. Postawa ta charakteryzuje się obojętnością uczuciową między rodzicami a dzieckiem. Przebywanie z dzieckiem sprawia rodzicom trudności i nie należy do przyjemności. Kontakty rodziców z dzieckiem są luźne, ograniczone do minimum. Dziecko wtedy jest zaniedbywane, potrzeby nie są zaspakajane lub zaspakajane w minimalnym stopniu.
- Postawę odtrącającą. Rodzice, którzy reprezentują taką postawę nie lubią dziecka i nie chcą go, przejawiają wobec niego uczucie zawodu, rozczarowania i urazy. Dziecko uważane jest jako ciężar ograniczający swobodę, dlatego nieraz poszukują zakładu, który przyjąłby ich obowiązki.
- Postawę nadmiernie wymagającą, zmuszającą, korygującą. Postawę tą cechuje naginanie dziecka do wytworzonego przez rodziców wzoru, bez liczenia się z jego możliwościami i indywidualnymi cechami. Dziecko przez cały czas znajduje się pod presją. gdyż rodzice z góry założyli dostosowanie go do idealnego wzorca.
- Postawę nadmiernie dominującą. Podejście rodziców do dziecka jest bezkrytyczne, a ono uważne jest jako wzór doskonałości. Dziecko traktowane jest nadmiernie pobłażliwie i przesadnie opiekuńczo. Rodzice nie doceniają jego możliwości, sami rozwiązują trudności dziecka, przez co nie dopuszczają do samodzielności.
Postawy rodzicielskie wywierają wpływ na powstanie i rozwój pewnych form zachowania dziecka, decydują w ogromnej mierze o stylu wychowania oraz o doborze i skuteczności środków wychowawczych.
Według M. Ziemskiej postawy rodzicielskie wpływają na pozycję dziecka w rodzinie. Dziecko, gdzie postawa rodzicielska jest odtrącająca, czuje się niepotrzebne. Niekiedy próbuje walczyć o swoją pozycję, albo zwraca na siebie uwagę złym zachowaniem, którego rodzice nie akceptują, dzięki czemu staje się centrum zainteresowania. U dzieci tych kształtuje się agresywność, kłótliwość, nieposłuszeństwo, kradzieże, zahamowanie rozwoju uczuć wyższych, zachowania aspołeczne i antyspołeczne.
Dzieci, z którymi rodzice unikają kontaktów lub nie współdziałają z nimi, czują się również niepotrzebne. Przy takiej postawie dzieci są uczuciowo niestałe, nastawione antagonistycznie do społeczeństwa, niezdolne do obiektywnych ocen, zmienne w planach. Dystans uczuciowy w skrajnych przypadkach prowadzić może do zachowań aspołecznych a nawet antyspołecznych.
Dziecko, którego rodzice przejawiają postawę nadmiernie chroniącą, zajmuje w rodzinie bardzo wysoką pozycję, wszyscy skupiają uwagę wokół niego. Postawa ta powoduje wystąpienie u dziecka opóźnienia dojrzałości emocjonalnej, społecznej, dziecko jest uzależnione od matki, jest bierne, nie przejawia własnej inicjatywy. Dziecko nadmiernie chronione może też przejawiać zachowanie typu “rozpieszczonego dziecka”. W takiej sytuacji demonstruje nadmierną pewność siebie, poczucie większej wartości, zarozumialstwo, awanturniczość, tyranizuje matkę, jest egoistyczne, ale gdy zostanie samo jest niepewne, niespokojne i nieszczęśliwe. Postawa rodzicielska nadmiernego wymagania, korygowania również nie przyczynia się do zdobycia przez dziecko właściwej pozycji w rodzinie.
Dziecku takiemu nie pozwala się na działanie autentyczne, nie respektuje się jego praw oraz nie uznaje się chociaż w minimalnym stopniu jego prawa do samostanowienia. U dziecka kształtuje się takie cechy jak: brak wiary we własne siły, niepewność, lękliwość, uległość, pobudliwość i brak zdolności do koncentracji. W takiej sytuacji mogą powstać trudności szkolne lub zaburzenia w przystosowaniu społecznym. Rodzice, którzy wyrażają właściwe postawy rodzicielskie szanują swoje dziecko, respektują jego prawa. Dziecko takich rodziców posiada pozycję pełnowartościowego członka rodziny. Dziecko akceptowane łatwiej nawiązuje trwałe więzi emocjonalne, jest łatwiej uspołecznione, umie pokonywać trudności oraz łatwiej przystosowuje się do różnych sytuacji społecznych. Osobowość dziecka powinna być kształtowana w rodzinie pełnej, w której występują oba wzorce osobowe rodziców. Rodzice przebywając stale z dzieckiem dostarczają mu wzorów zachowania. Dzieci w początkowym okresie naśladują ich, natomiast później identyfikują się z nimi i chcą być takie jak oni.
Chłopiec wychowywany w rodzinie pełnej identyfikuje się z ojcem, a dziewczynka z matką. Brak w rodzinie ojca wpływa negatywnie na kształtowanie się osobowości dzieci, a głównie chłopców.
T. Krzyszkowski uważa, że autentyczny rozwój psychiczny wymaga następującej specyficznej atmosfery: miłości normalnej pary małżeńskiej, pary dwojga zdrowych fizycznie i psychicznie, współodpowiedzialnych, nawzajem pomagających sobie i kochających się ludzi . Poza tym, jak wykazały badania naukowe, dziecko, by mogło prawidłowo rozwijać się, powinno być chciane, akceptowane, uznawane. Rodzice mają obowiązek nie tylko kochać je, ale głównie powinni kochać siebie nawzajem. Tylko w takiej atmosferze może kształtować się normalna ludzka osobowość.
Jeżeli jednak rodzice wraz z rozwojem dziecka nie przyjmują postaw właściwych dla danego okresu rozwoju, prowadzi to do sytuacji konfliktowych, które powodują zaburzenia w zachowaniu się dziecka, a przy dłuższym trwaniu - deformację jego osobowości. Rodzina i warunki życiowe w niej mogą być przyczyną prowadzącą do powstania zależności od środków odurzających, często stają się także miejscem, w którym nałóg ten szybko utrwala się.
K. Kowalski uważa, że przyczyn, między innymi, narkomanii należy szukać w domu rodzinnym. Wszelkie nieprawidłowości tej komórki społecznej oddziaływują bezpośrednio na dziecko i w konsekwencji wykrzywiają jego psychikę. Deformację tego typu spotyka się najczęściej u dzieci pochodzących z rodzin niekompletnych lub funkcjonujących jako całość, ale praktycznie będących w rozbiciu, a także z domów, w których brak autentycznej więzi między współmałżonkami oraz dziećmi.
Autor ten stwierdza, iż matki pomimo dobrych chęci, ponoszą główna winę za kształt osobowości dziecka oraz za jego przygotowanie do życia. Chodzi tu głównie o matki nadopiekuńcze. Matki te są bezkrytyczne w stosunku do swoich dzieci, podejmują za nie decyzje. Na dziecko patrzą życzeniowo. W stosunku do dziecka są niekonsekwentne, nie umieją wymagać. Wszystkie problemy pojawiające się w życiu dziecka rozwiązują same, gdyż chcą za wszelką cenę uchronić je przed złem tego świata. Takie postępowanie matek, stanowi według autora genezę nieprzystosowania społecznego młodzieży.
Podobny pogląd reprezentuje Z. Thille, twierdząc, iż duży wpływ na osobowość narkomana ma patologia relacji: rodzice - dziecko (a właściwie: matka - dziecko, przy bierne “obecności” ojca). Rezultatem tych patologicznych relacji wyjściowych ma być “nadtroskliwość” rodzicielska . Autor uważa, iż zjawisko nadtroskliwości występuje w rodzinach, w których warunki materialne i stabilizacja społeczna są dobre, ale rodzice są bardzo zaabsorbowani sprawami pozarodzinnymi. W takich rodzinach więzy uczuciowe pomiędzy jej członkami są raczej luźne. Głównym celem życia takich rodziców jest sukces materialny lub prestiżowy, który nie wpływa na kształtowanie się prawidłowych interakcji wewnątrzrodzinnych, natomiast ma to ogromny wpływ na rozwój nałogu.
Z. Thille stwierdził, na podstawie zebranego materiału, że istnieją nieraz bardzo drastyczne sytuacje konfliktowe między pacjentami a ich rodzicami. W tych przypadkach można było stwierdzić bądź niemal kompletne (najczęściej wzajemne) zobojętnienie uczuciowe, bądź nawet wręcz ze strony dziecka, które czuło się odrzucone, a jednocześnie poniżone przez rodziców, którzy negowali na każdym kroku jego suwerenność i prawo do emancypacji. W parze z tymi zarzutami “subiektywnej” natury wyrażano na ogół zarzuty “obiektywne” co do egoistycznej, oportunistycznej i konformistycznej oraz zakłamanej postawy ogólnej rodziców wobec otaczającej rzeczywistości. Nieraz pod żywiołowym manifestowaniem nienawiści można było odkryć postawę ambiwalentną będącą wypadkową mieszanych uczuć gniewu, oburzenia, żalu oraz zawiedzionej i miłości .
J. Rogala przytacza wyniki badań Bessa, Janussa i Ryfkma z 1872 roku. Autorzy ci stwierdzili, że większość narkomanów odczuwało wrogie nastawienie do ojca i ambiwalentne do matki. Z badań przeprowadzonych przez Cz. Cekierę wynika, że źródłem narkomani jest między innymi zachwiana struktura rodziny i konfliktowa w niej atmosfera. Rodziny narkomanów są najczęściej rozbite, niepełne (brak ojca lub matki) lub brak zgody w rodzinie, albo wyraźnie złe współżycie. Do tego często dochodzi alkoholizm, przestępczość, choroby lub obciążenia dziedziczne.
Dawniej wielkimi mocnymi więzami zespolone rodziny, dawały jednostce odpowiednią pozycję i rolę w tej rodzinie z poczuciem bezpieczeństwa i odpowiedzialności. Dziś często w rodzinie rozbitej, skłóconej nie znajduje się tego i dlatego młodzież szuka namiastki w grupie poza rodziną .
M. Maciejewska wyraża podobny pogląd, twierdząc, iż proces deprywacji ma swój początek przeważnie w rodzinie, gdyż prawie wszyscy narkomani wywodzą się z rozbitych rodzin. W rodzinach tych zaznacza się tylko fizyczna obecność jej członków, natomiast brak jest w nich jakichkolwiek związków uczuciowych, występuje brak kontaktów rodziców z dziećmi oraz brak kontroli wychowawczej.
Rodzice nie posiadają prawie żadnej miedzy o śmiecie wewnętrznym dziecka, jego konfliktach i dramatach. Zauważają to dopiero w momentach dramatycznych, gdy proces deprawacji często jest już nieodwracalny, lecz więzy uczuciowe dziecka z rodzicami już praktycznie nie istnieją .
Jak wynika z literatury przedmiotu, odpowiedzialną za patologie jednostki, często czyni się rodzinę i w niej powinno się szukać przyczyn narkomanii. Jak wykazały dotychczas prowadzone badania, narkomani w większości pochodzą z rodzin rozbitych i nieprawidłowo funkcjonujących. Patologiczne formy rodziny, takie jak: rozbicie rodziny, konflikty emocjonalne, zbyt dominująca matka, nadmiernie surowy ojciec lub jego brak oraz nadmierna pobłażliwość rodziców przyczyniają się do podatności na uzależnienie się dziecka.


maj 14th, 2008 11:33
Oł boj~! Słonek, widzę, że Ty wszystkie prace na studia piszesz sam;) Oby tak dalej! Też uważam, za tragedię nadopiekuńczość. Mój brat (18-latek) jeszcze do niedawna nie potrafił obierać ziemniaków. Kiedyś zleciłam mu to zadanie i dałam dobrze naostrzony nóż (wszyscy wiedzą, że naostrzonym łatwiej się obiera). Niestety Kubuś się skaleczył i wszystko było na Maję, że napewno specjalnie ten nóż tak naostrzyła… Btw: od tego czasu u nas wszystkie noże są tępę… Rodzice nie tępcie noży, nie otępiajcie dzieci!!!
maj 14th, 2008 11:37
Więc nie przesadziłem z moimi bohaterami, 13-, 14-,15-letnimi. Widzimy przykład realny z życia o 18-latku.
maj 14th, 2008 13:15
Nie zawsze się tak zdarza, ale zdarza. Wydaje mi się, że nadopiekuńczość rodziców wynika może z nieświadomości, a może z tego jak sami byli wychowywani. Chociaż to drugie jest mniej pewne, bo ile razy słyszymy od rodziców, że: “Ja w Twoim wieku już pracowałem, sprzątałem, robiłem więcej w domu, pomagałem, gotowałem itp.” , a jak przyjdzie co do czego to faktycznie słyszy się, że tego nie rób bo ja zrobie to lepiej. Ale żeby nie było tak dramatycznie to pewnie ich nadopiekuńczość w dużym stopniu wynika z ich miłości do nas. Jakby było inaczej to by nas olali i powiedzieli “rób co chcesz, mnie to nie interesuje.”
Nadopiekuńczość rodziców pewnie może spowodować nasze zbyt późne i zbyt małe usamodzielnienie, ale z drugiej strony może my też powinniśmy czasem, przedstawić im swoje racje, porozmawiać, powiedzieć, że jesteśmy już na tyle duzi żeby coś tam zrobić i że dopóki nam nie pozwolą to się nigyd czegoś nie nauczymy. :)
maj 14th, 2008 20:09
po pierwsze stwierdzenie że “niezdrowa opieka daje bezpieczeństwo” bo to nie jest prawda, zdrowa opieka daje bezpieczeństwo
a przykłady przez Ciebie podane wg. mnie po pierwsze nie są przykladami nadopiekuńczości tylko nieudolności wychowawczej a po drugie Tobie każdy rodzaj opieki wydaje się zadopiekuńczością a to nie jest dobra postawa.
przeczytałeś co się dzieje z dziećmi, które miały doczynienia ze stylem unikającym a które z bezpiecznym? no to chyba nie ma wątpliwości co jest lepsze
maj 15th, 2008 10:06
Gosa: pierwsze Twoje myśli są trafne i dodam, że stosunek opiekuńczy wynika/ wychodzi/ wywodzi się z kultury i jest wrunkowany nawet genetycznie. Także czasami nie jest to nawet od nas zależne, dlatego ważna jest świadomość, co również sugerujesz w swojej wypowiedzi.
Druga myśl dotyka emocji, miłości. Masz rację, właśnie to przeszkadza w dobrej opiece. Mówiąc dobrej opiece mam na myśli zaprzestanie opiekować się dzieckiem wtedy/ w takim momencie. w którym jest ono w stanie samemu zrobić cokolwiek. Dlatego definicja opieki mówi o potrzebach ponadpodmiotowych. Opieka wynikająca z naszej rzeczywistości nie jest tą samą opieką, o której pisalem wyżej. Jednak opieka, o któej pisałem wyżej w tekście jest jednyną, właściwą, wychowawczą, odpowiednią, sensowną opieką.
Trzecia myśl dotyka porozmawianie z rodzicem o tym. Jak mogłaś zauważyć w przkładach przeze mnie podanych, dzieciaki nie wiedzą nawet czy to jest dobre czy nie, nawet jeżeli przez jakiś czas dręczy ich to, męczy, mogą się zbuntować gdy wyjda w środowisko i zobaczą inną rzeczywistość. Jednak gdy tego nie będzie, to zaczną kształcić się w myśli, że tak powinno być. Tak działa wychowanie, naturalność.
maj 15th, 2008 10:12
Ela: w pierwszym swoim zdaniu chyba nie jesteś konsekwentna w swoim założeniu, albo czegoś nie rozumiem, bo być może to jakiś skrót myślowy. Jeżel ja mówię o niezdrowej opiece, to czemu przekształcasz to na zdrową opiekę. Każdy wie, że zdrowa opieka jest ok. Tylko widziz, poruszasz tutaj inną ważną kwestię.
Opieka jest kategoryzowana przez pryzmat bezpieczeństwa dziecka. A nie przez pryzmat jego potrzeb i tego, czy jest już w stanie wykonać dane zadanie.
Dalej: masz rację, tyle że nie polączyłaś sobie dwóch rzeczy. Wystarczy trochę pogimnastykować się i dojść do wniosku, że właśnie nadopiekuńczość jest konsekwencją nieudolności wychowawczej. Ale widziz, niekoniecznie. Przecież znamy wiele rodzin gdzie naprawdę wychowanie dziecka przebiega dosyć dobrze, na dobrym poziomie. Nadopiekuńczość paradoksalnie bierze się również z nadmiłości? Można to tak nazwać. I właśnie wracając to początku tej wypowiedzi - bierze się to z kategoryzowaniem opieki wedle bezpieczeństwa, a nie tym czym jest naprawdę opieka. Zerknij Ela jeszcze raz na definicję opieki.
Pozdrawiam i dziękuję za komentarze i liczę, że to nie koniec rozmowy/ dyskusji bo jest ona dla mnie bardzo istotna i ważna.
maj 15th, 2008 17:22
Nadopiekuńczość przedstawiona przez pryzmat patologicznego wręcz podejścia do wychowania dziecka przeraża mnie.
Wiem z doświadczenia ze do pewnego czasu takie “prowadzenie za rączkę” jest strasznie wygodne. Jednakże do czasu. Do czasu kiedy stajemy w sklepie i nie wiemy co jest dla nas lepsze. któż inny ma wiedzieć lepiej niż my sami. Uczmy sie na własnych błędach. Pozwólmy “upaść”dziecku. A nie trzymajmy go na złotym łańcuszku pod pozornym kloszem bezpieczeństwa. Wyrażajmy swe opinie, szukajmy wspólnego języka z dzieckiem ale nie narzucajmy się… Zastanów sie rodzicu jakim ty byłeś dzieckiem!;-)
maj 19th, 2008 10:26
Ja mam przykład z życia wzięty, człowiek, który jest już męźczyzną, a nie dzieckiem, wyjedżając gdzieś musi stale mieć kontakt z matką, stale informować gdzie się znajduje i jak sobie radzi, wyłączenie telefonu komórkowego powoduje panikę ze str. matki, że mogło się z nim coś stać. Choć radził sobie w wielu trudnych sytuacjach, takie podejście do niego, jako do osoby dorosłej uważam za nadopiekuńczość, jak to forumowicz wyraził “prowadzenie za rączkę”, bo w końcu za braknie i co wtedy. Pozdrawiam i radzę za w czasu zastanowić się czy nie wyrządza sie swojemu dziecku większej krzywdy starając się zapobiec temu co nieuniknionego, jego dojrzewaniu i wchodzeniu w dorosłe życie.
lipiec 5th, 2008 13:54
Eh, u mnie … kazda proba usamodzielnienia sie kwitowana jest : daj spokoj ja ugotuje obiad, ja zrobie to , ja zrobie tamto.
A kiedy zlecaja mi cos do zrobienia, a ja tego nie robie, olewaja sprawe…
lipiec 6th, 2008 06:59
A szczera, poważna rozmowa na spokojnie, przy kolacji, czy po wyłączeniu telewizora, przy stole, nie pomogłaby?