Kult, fanatyzm liczby 7 – siedem
Pierwsze kroki na harcerskim szlaku rozpocząłem w 14 drużynie. Jednak swoją prawdziwą przygodę miałem w 7 drużynie. To tam zebrała się nasza cała ekipa „Ryzykantów”, która udowodniła nie raz jak jest silna, zgrana. Wszystko to było dzięki drużynie, w której byliśmy. Ale czy było to takie kolorowe?
Wpajano nam, że drużyna jest najważniejsza. W zasadzie gdy nasz zastęp „Ryzykantów” był najbardziej czynny, to drużynowy skupiał się tylko na nas. Starszy zastęp to byli już ludzie do odstrzału, których już w ogóle życie drużyny nie interesowało, a pojawiali się tylko wtedy gdy jechało się na rajd, lub „tradycyjny” grunwald. Dlatego byliśmy praktycznie jedną zastępo-drużyną. Liczba siedem jak i barwy czarno-niebieskie były dla nas bardzo ważne, dla mnie szczególnie. Kala z Borysem odizolowani się gdy stworzyli nową drużyną, z nowym numerem, z nowymi barwami. Alan był zawsze człowiekiem ruchu, zwarcia ekipy, symbole dla niego były ważne, ale ważniejsze to co ma się w środku. Ja pozostałem fanatykiem, bo zostałem sam w sumie w tej selekcji, ktoś musiał?
Tworząc stronę drużyny dawno temu, postanowiłem zrobić akcje numer drużyny, znajdując wszystkie znaczenia, skojarzenia, rzeczy, elementy, które mają coś wspólnego z liczbą siedem. Efekty możecie zobaczyć na mojej stronie [klik]. Pamiętam również jeden dzień myśli braterskiej, gdy wracając wpadłem na pomysł, że fajnie byłoby mieć swój oryginalny, drużynowy okrzyk. Brzmiał on:
Czarno-niebiescy!
To my!
Czarno-niebiescy!
To my!
Czarno-niebiescy!
Ole, Ole, Ole! (albo ajija ija jo…)
Tak więc mamy fanatyzm numerka i barw. Jak to dzisiaj wygląda? Dzisiaj wstyd mi za siebie, bo numer nie jest najważniejszy jak i barwy. Dałem się oszołomić fanatyzmem, izolatorem, jakby sektą. Co to miałoby wspólnego z bracią harcerską? Nic. Nie wspominam o kolejnym bodźcu – dostawaniu chusty dopiero po jakimś określonym czasie. A gdzieniegdzie (dobrze, że tak nie było u nas) są wręcz próby na te barwy.
Numer, barwa, nazwa drużyny, bohater – to elementy, które charakteryzują każdą drużynę w społeczeństwie hufcowym. Odróżniają i tworzą pewną tożsamość w małej grupie. I to jest najważniejsze, a nie to jaki ma kolor chusta i za te kolory zrobi się wszystko. Nie może dojść do przerostu formy nad treścią, aby symbol stał się ważniejszy od wartości, sensu, które symbolizuje dany symbol.
Czy jestem zły na mojego drużynowego? Nie. Zdziwicie się, ale dochodzą coraz bardziej do wniosku, że nie. Co prawda taka „zabawa” w wpajanie tożsamości grupy, identyfikowania się z pewnymi charakterystycznymi elementami jest dosyć niebezpieczna, bo może prowadzić do kultu, fanatyzmu, jak i mnie doprowadziła ta sytuacja. Na pewno mogę mojemu drużynowemu podziękować, bo nauczyłem się czegoś na błędzie, a to najbardziej cielesna i mądra nauka w życiu. Każdy również ma swój rozum, bez względu na to czy ktoś wpajał czy nie. Im się jest starszym/ bardziej dojrzałym, tym więcej rzeczy się widzi, rozumie. Cieszę się, że i ja to zrozumiałem, bo jest mi z tym lżej, lepiej, naprawdę.